Prolog. Kot. 2009-01-03 20:34:51
5 grudnia 2002 roku
Andrzej Rekwiem próbował udowodnić, że umarli potrafią tańczyć.
Podczas gdy inni magowie jego rodzaju – czyli Nekromanci – zajmowali się prowadzeniem całkiem nieźle prosperujących domów pogrzebowych, pracą w krematoriach i kostnicach, zostawali patologami sądowymi i archeologami, on całkowicie poświęcił się nauce. Godzinami obserwował tancerzy i rysunki przedstawiające kroki taneczne. Przemycał ludzkie czaszki na sale balowe, upychając je w kieszeniach zbyt luźnej marynarki. Spędził niegdyś wiele godzin nad rozkładającymi się szczątkami sroki, starając się nakłonić ją do odtańczenia kankana i tłumacząc własne niepowodzenia niedostateczną wiedzą w dziedzinie ornitologii. Organizował spotkania kółka baletowego z udziałem przywołanych z zaświatów przodków. I wszystko na nic.
Prawdę mówiąc, jego magia mogła podporządkować sobie dowolnego nieboszczyka – a przynajmniej na jakiś czas. O ile denat był wystarczająco świeży, Andrzej mógł zadawać mu pytania, oglądać jego wspomnienia i wydawać rozkazy. Potrafił uczynić ze zdechłych zwierząt swoich prywatnych ochroniarzy i urządzać seanse spirytystyczne. Zmuszenie szkieletu do tańca nie stanowiłoby dlań żadnego problemu… ale nie o to chodziło.
Andrzej Rekwiem chciał, aby umarli tańczyli z własnej, nieprzymuszonej woli. I wierzył, że jest to możliwe – nawet bez użycia nekromancji.
Swoje badania rozpoczął, kiedy miał zaledwie kilka lat – jego ojciec, również Nekromanta, gorąco je popierał i brał w nich udział, mimo że sam o wiele bardziej zainteresowany był projektowaniem cmentarnych nagrobków. Obecnie Andrzej miał dwadzieścia osiem lat i zaczynał siwieć. Zamknął się w odziedziczonym po rodzicach domu w Częstochowie, prowadził długie dyskusje z duchami wielkich przywódców religijnych, malował obrazy i popadał w paranoję.
Nadszedł grudniowy czwartek – chłodny i deszczowy. Nie było śniegu, stalowoszare kałuże marszczyły się na wietrze, porzucone śmieci zahaczały o konary drzew, a liście gniły, pokrywając chodnik śliskim, zdradliwym dywanem. Wskazówki zegarków nieuchronnie zbliżały się do godziny piętnastej – ze szkół wychodziły uzbrojone w kalosze i parasole dzieci, na ulicach rósł korek. A przynajmniej tak prezentował się świat zewnętrzny, z którym Andrzej nie miał wiele wspólnego.
Odgradzając się od ulicy opuszczonymi żaluzjami, Nekromanta siedział w swojej pracowni na piętrze i z uporem wpatrywał w ludzką czaszkę, nieświadomie parodiując Hamleta. Marszczył brwi i zadawał sobie pytania – kompletnie niezwiązane z szekspirowskimi rozważaniami nad sensem istnienia, za to mające wiele wspólnego z walcem. W tym samym czasie jakaś mniej obłąkana część jego osobowości martwiła się świętami Bożego Narodzenia.
Wcale nie dlatego, że od śmierci rodziców spędzał je samotnie – lubił samotność, a kolorowe lampki, choinka i ten gruby, siwobrody facet w czerwonym płaszczu zdecydowanie lepiej prezentowali się w cudzych domach. Nie, Andrzej nie tęsknił za rodzinną atmosferą, opłatkiem i kolędami. Dawno już nauczył się, że umarli są najlepszymi przyjaciółmi każdego Nekromanty – niektórzy bywają wprawdzie marudni, ale za to każdy potrafi dotrzymywać tajemnic. Żaden nie jest tak niebezpieczny jak dowolne żywe stworzenie i żaden nie wypowiada słów „po moim trupie”, co bardzo ułatwia rozmowy.
Powodem, dla którego Andrzej Rekwiem obawiał się świąt, byli odwiedzający go ministranci – na ogół uciekali z krzykiem, kiedy spadał na nich wiszący nad drzwiami szkielet pingwina, za sprawą magii pełniący funkcję kamerdynera. Równie niechętnie witał podążających za nimi księży – oni nie tylko uciekali, ale też Wyrażali Dezaprobatę. Był to swego rodzaju ceremoniał, po którym dom Andrzeja nieodmiennie nachodzili egzorcyści. Ich zaś tylko krok dzielił od Inkwizycji, która wprawdzie znacząco ostatnimi czasy podupadła, ale wciąż budziła obawę w wielu magach, o stworzeniach takich jak wilkołaki nie wspominając.
Oczywiście, mógł nie wpuszczać do domu księży. Ale egzorcyści odwiedzali go i tak – proboszcz miejscowej parafii pamiętał Andrzeja jeszcze z czasów, gdy ten był małym chłopcem. Jak większość ludzi, ksiądz nie zdawał sobie sprawy z istnienia magów i Sześciu Ugrupowań Magicznych, co sprawiało, że Rekwiem był w jego oczach wyłącznie niegroźnym szaleńcem, ale i tak nie dawał mu spokoju.
Mimo tego, że większość zabobonów na zawsze straciło wiarygodność, magowie wciąż miewali problemy i padali ofiarami prześladowań. Egzorcyści, Inkwizycja, łowcy potworów, łowcy duchów, łowcy czarownic… a także ONI. Andrzej wzdrygnął się lekko. ONI byli straszni. ONI byli na jego tropie, wiedzieli jak wygląda i mieli całkiem realne szanse na odnalezienie jego domu…
Na parterze coś zahałasowało. Nekromanta wyraźnie usłyszał trzask, odgłos upadku… a po chwili także krzyk.
Powoli wstał z krzesła i wymknął się z pracowni, kierując ku schodom na dół. Po drodze zgarnął wiszącą na ścianie strzelbę… i uśmiechnął się szeroko. Była naładowana.
*
Na chwilę obecną, głównym problemem Kota był fakt, że stoi na suficie. Wbrew swojej woli.
I nie było to wcale takie zabawne jak mogłoby się wydawać, zwłaszcza że zaczynała boleć ją głowa, przed oczami tańczyły kolorowe plamy, a nad sobą miała dywan z wyszytym nań pomidorem. A raczej – żeby być dokładnym – pomidorem i jego towarzyszką, puszką koncentratu pomidorowego. Uśmiechali się obłąkańczo, zapewne nieświadomi, że są wyłącznie marnym odwzorowaniem artykułów spożywczych, którym lśniące zęby i dołeczki w policzkach w ogóle nie pasują.
O tak, dywan był najgorszy. Wyglądał idiotycznie i niepokojąco. Wyraźnie drwił z trudnego położenia Kota, a ponadto uświadamiał jej, że znalazła się w domu skrajnego psychopaty i, jakby tego było mało, maga z bardzo pomysłowym systemem antywłamaniowym. Szarpnęła nogą bez przekonania, usiłując oderwać stopę od podłoża, które powinno znajdować się nad jej głową. Nic z tego – sufit był bezlitosny i niewzruszony jak uśmiechy pomidorów. Rozejrzała się dookoła – jej uwagę przykuł rząd przybitych do ściany czaszek gryzoni, ludzka, skurczona do maleńkich rozmiarów głowa, służąca za podpórkę do książek oraz wypchany kruk na etażerce. Dom Nekromanty nie prezentował się zachęcająco nawet z tej dziwacznej perspektywy.
No cóż, niecodzienne okoliczności wymagają niecodziennego postępowania. Dlatego też Kot nabrała powietrza w płuca i zawołała głośno, licząc na to, że jej słowa dotrą do uszu gospodarza:
– Rekwiem! Zabieraj te wariackie warzywa!
O ile był w domu, powinno zadziałać. A Kot wcale nie była pewna jego obecności – jakoś nie przyszło jej do głowy zapowiedzieć się przed złożeniem wizyty. Podobnie jak nie pomyślała o tym, żeby zapukać do drzwi – preferowała raczej wchodzenie przez okna. A tak się złożyło, że Nekromanta zostawił jedno otwarte…
Usłyszała kroki. Po chwili do salonu wkroczył mężczyzna – dość wysoki, w rozwleczonym, ciemnoczerwonym swetrze, nadającym się tylko na sobotnie popołudnia przed telewizorem. Pospieszna analiza, jaką przeprowadziła Kot, utwierdziła ją w przekonaniu, że ma do czynienia z prawowitym właścicielem dywanu. Andrzej kojarzył się Kotu z szalonymi pomidorami – być może ze względów kolorystycznych, a może raczej dlatego, że szeroki uśmiech zupełnie nie pasował do jego twarzy – a jednak uparcie nie chciał zniknąć i odsłaniał bardzo dużo białych zębów.
Ściskał w ręce strzelbę i celował prosto w Kota, co niespecjalnie poprawiało jej i tak trudną sytuację.
– Wiesz, jakie szkody może wyrządzić strzał w głowę z tak niewielkiej odległości? – zapytał, nadal się uśmiechając.
Kot zastanowiła się uczciwie.
– Zakładam, że nieodwracalne.
– Słusznie. To teraz bądź tak miła przemyśleć swoje postępowanie, zrobić staranny rachunek sumienia, pomodlić się do dowolnego bóstwa i powiedzieć światu pa-pa, bo…
Kotu było niewygodnie, irytował ją dywan i nagromadzenie szkieletów, a wymierzona w nią lufa potęgowała poczucie dyskomfortu, ale nie zamierzała z nikim się żegnać. Pozwoliła swoim myślom odpłynąć, puszczając mimo uszu dalszy ciąg przemowy gospodarza – absolutnie pewna, że wszystko skończy się dobrze. Wierzyła w szczęśliwe zbiegi okoliczności, spadanie na cztery łapy i to, że pod każdym oknem może znaleźć się miękka poduszka, a naboje bywają ślepe.
– …ale zanim zatańczę na twoim grobie, co zrobię z radością… Powiedz mi, skąd znasz moje imię i kto cię tu przysłał.
Kot oderwała wzrok od okna, ponownie skupiając spojrzenie na właścicielu dywanu. Chwilę trwało, zanim w pełni otrząsnęła się z zamyślenia. Jej umysł lubił oddalać się od ciała i nie tak łatwo było go przywołać z powrotem. W tej chwili zajmował się docenianiem wielu warstw ubrań, jakie na siebie włożyła. Gdyby było ich mniej, zapewne świeciłaby teraz gołym brzuchem, całkiem jakby jej sytuacja nie była wystarczająco poniżająca. Chwała Bogu, miała też dżinsy.
– Nikt mnie nie przysłał. Sama weszłam. Czy ja wyglądam na asa wywiadu?
Nekromanta prychnął pogardliwie.
– Wywiadu? Nie myślę o wywiadzie, myślę o NICH.
– Znaczy Inkwizycji? – upewniła się Kot. Nie dziwiło jej to; wielu magów obawiało się Inkwizycji i łowców czarownic, mimo że było to lęk atawistyczny i nieco bezsensowny, zwłaszcza odkąd nastał XXI wiek, a żadna z apokaliptycznych przepowiedni się nie sprawdziła, co poważnie podkopało autorytet wszystkich organizacji walczących z przedstawicielami magicznych fachów. Coraz mniej ludzi zasilało szeregi Inkwizytorów i mało komu tak naprawdę zależało na schwytaniu praktykujących magów. Czarownice przestały być straszne w dobie komputerów, w świecie wolnym od klątw i trafnych proroctw. Nikt nie potrzebował łowców duchów i pogromców demonów, nie tak naprawdę. Kot przeczytała o tym w liście od ojca.
– Nie, nie Inkwizycji. Prosimy się nie wydurniać.
– Ale poważnie nie wiem o kogo ci chodzi. Za to wiem, że jest mi niewygodnie na tym suficie i z tą strzelbą wycelowaną w moją głowę i tak dalej…
Uśmiech na twarzy Andrzeja stężał. Zapewne mięśnie szczęki wreszcie odmówiły mu posłuszeństwa. Za to nie opuścił strzelby – widomy znak, że jego ramiona były bardziej wytrwałe. Niedobrze – o ile Kot potrafiła jakoś znieść towarzystwo szaleńca, o tyle szaleniec z bronią i pewną ręką napawał ją niepokojem.
Szare oczy Nekromanty były rozbiegane, a białka przekrwione. Wyglądał, jakby od dłuższego czasu nie sypiał najlepiej. Kot zauważyła kolorowe plamy farby na jego dłoniach.
– ONI też tak mówili – stwierdził Rekwiem.
– Do licha! Nie wiem co za ONI cię prześladują i nie chcę wiedzieć! Znam twoje imię od przewodniczącego Ugrupowania Animagów – zadowolony? Kazał mi tu przyjść, bo jesteś Nekromantą. „Mieszka najbliżej”, powiedział. „Mieszka najbliżej”, a nie: „Jest najlepszy”. Zwróć uwagę.
Andrzej przekrzywił głowę na bok, przyglądając się Kotu jakby była interesującym okazem owada.
– Co jeszcze o mnie wiesz?
– To co sama wywnioskowałam.
– Czyli?
– Że jesteś paranoicznym łajdakiem ze strzelbą. Uwolnij mnie, do licha ciężkiego! W zielone cętki malowanego.
Naprawdę zaczynała mieć dość zarówno szalonego Nekromanty jak i wiszenia głową w dół. Krew napływała jej do twarzy, nos pulsował niepokojąco, a plamki przed oczami przegrupowywały się i tańczyły, przysłaniając jej widok.
– Udowodnij że jesteś magiem.
– Nie mogę. Ja właśnie w tej sprawie. Nazywam się Ewa D… znaczy, Kot. Mój ojciec był ważnym Animagiem i zamieniał się w kota, ale… tak jakby nie żyje. Od wczoraj. I, niech to szlag, nie zdążył przekazać mi swojego talentu magicznego. Rozumiesz, jego śmierć była zupełnie niespodziewana. Przewodniczący twierdzi, że tylko Nekromanta może mi pomóc.
Większość ludzi w takiej sytuacji zakłopotałoby się i pomogło jej zejść z sufitu, na przemian przepraszając, gnąc się wpół i składając kondolencje. Ale nie Andrzej Rekwiem. Nie opuszczając strzelby zmarszczył czoło, zastanawiając się nad czymś głęboko, by już po chwili na powrót maniakalnie się uśmiechać.
– Jakiś Animag zwrócił się do mnie kiedyś w takiej sprawie – powiedział.
– I żyje? – upewniła się Kot. – Nie chcę cię martwić, ale ja na przykład źle znoszę wiszenie głową w dół.
– Nie jestem zmartwiony – odparł Andrzej, Nekromanta. Opuścił nieco strzelbę, z uwagą przyglądając się sufitowi i myśląc nad czymś intensywnie. – Właściwie to nie wiem jak cię stąd zdjąć.
– Dlaczego ci nie wierzę?
– Bo jesteś tępym futrzakiem. Ten system antywłamaniowy opracował mój znajomy mag-Podróżnik. Mój własny jest na piętrze. Kiedy ktoś nieproszony przekracza próg sypialni, wyskakują na niego martwe dziobaki.
Kot nie tylko nie mogła zejść. Ku swojej rozpaczy, nie mogła również tupnąć nogą, co byłoby może niezbyt dojrzałe, ale za to idealnie pasowałoby do sytuacji. Niestety, była w stanie wyłącznie machać rękami i potrząsać głową. Tego drugiego wolała unikać, zwłaszcza że świat przed jej oczami właśnie zaczął wirować.
– Proszę – syknęła. Andrzej Rekwiem nigdy nie miał się dowiedzieć, jak wiele ją to kosztowało. – Zdejmij. Mnie. Stąd. Zawołaj tu tego Podróżnika albo zrób cokolwiek, bo zarzygam ci dywan.
– Nie mogę. Jesteś dość przekonująca, ale możesz być jedną z NICH.
– Skoro masz taką ciężką paranoję, to czemu zostawiasz otwarte okno?!
– Bo jestem też pewny siebie i całkowicie ufam systemom antywłamaniowym w moim domu.
Kot popatrzyła na niego w milczeniu.
Rekwiem odwzajemnił to spojrzenie.
Kilka sekund później Ewa Kot, spadkobierczyni jednego z najpotężniejszych Animagów w całym Ugrupowaniu, bezceremonialnie spadła z sufitu, uderzając głową o dywan w wyszczerzone pomidory. Andrzej Rekwiem, przedwcześnie postarzały Nekromanta z zaczątkami paranoi, nie miał z tym nic wspólnego. Najprawdopodobniej magia Podróżnika przestała działać.
Dywan okazał się miękki i Kot, zanim doszła do siebie, zdążyła przeprosić go za wszystko w porządku alfabetycznym.
*
Była tylko nastolatką w dziwnych koszulkach, wyrażającą się w specyficzny sposób. Na tym zresztą nie kończyła się jej specyfika, ale aby się o tym przekonać, należało poznać ją bliżej, co nie udało się zbyt wielu osobom. Cudaczne wzory i napisy na ubraniach, biżuteria w kształcie owadów i nieprzytomne spojrzenie odstraszały potencjalnych znajomych już przy pierwszym spotkaniu. W szkole była samotna, po szkole zaś zajęta sobą do tego stopnia, że nie zwracała zbyt wielkiej uwagi na brak towarzystwa. Ewa miała siedemnaście lat, była niezależna i – co niespotykane – nie potrafiła się nudzić.
Była też nieco szalona i niezrównoważona psychicznie.
Nigdy nie mieszkała z ojcem, Szymonem Kotem. Tylko nieliczni pozbawieni magii ludzie są w stanie wytrzymać w związku z magiem – matka Ewy, Zofia, z pewnością do nich nie należała. Nie znosiła wizyt Nekromantów z czaszkami w kieszeniach, Warzycieli z fiolkami pełnymi eliksirów z suszonych żab, Wróżbitów zerkających podejrzliwie w jej kryształy, Telekinetyków gnących łyżeczki, Podróżników pojawiających się znikąd w środku salonu. Przeszkadzało jej, że ojciec ich dziecka w każdej chwili może zamienić się w kota, co zresztą czynił chętnie i często. W nocy śniły jej się koszmary o niemowlęciu z porośniętą futerkiem buzią. Nie podobała jej się myśl, że któregoś dnia Ewa otrzyma w spadku magiczne zdolności, nie dopuszczała więc do zbyt wielu spotkań z jej ojcem, licząc na to, że Animag odnajdzie innego następcę.
Niestety, czwartego grudnia 2003 roku pan Kot spadł z metrowej drabiny. Ze skutkiem śmiertelnym, co zdarza się wprawdzie rzadko, ale nie jest niemożliwe. Ku rozpaczy Zofii Drzewoskiej, ojciec jej dziecka w wieku czterdziestu trzech lat nie zdążył sporządzić testamentu, w którym określiłby, kto otrzyma jego talent. Zgodnie z zasadami Ugrupowań Magicznych, w tym przypadku dar przysługiwał jego córce, Ewie.
Natychmiast po śmierci ojca Ewa została – mimo protestów matki – zaprowadzona do przewodniczącego Ugrupowania Animagów, Artura Lwa.
– Jak zapewne wiesz – powiedział jej wtedy – twój ojciec, Szymon Kot, niech spoczywa w spokoju, był Animagiem i członkiem naszego Ugrupowania.
Ewa skinęła głową, milcząc. Zdarzało jej się to rzadko – słynęła ze swojej gadatliwości. Ale kiedy już postanowiła się nie odzywać, była w stanie bić rekordy w tej dziedzinie; mogłaby zdobyć w niej złoty medal i nawet nie podziękować, a przynajmniej nie werbalnie.
Nie ufała magom, nie podobał jej się gabinet Artura Lwa, a ponadto była zaszokowana reakcją mamy i konsekwencjami śmierci ojca. Milczała więc, bardzo wyniośle, bardzo uparcie i odrobinę teatralnie.
Artur Lew wyraźnie nie mógł sobie z tym poradzić. Był energicznym mężczyzną o wyglądzie pięćdziesięciolatka, wypijał pięć filiżanek kawy dziennie i trzymał nogi na biurku. Nie przywykł do towarzystwa dzieci, ale wyobrażał sobie, że rozmowy z nimi powinny opierać się na uśmiechach, częstowaniu słodyczami i zabieraniem ich na ryby. Lubił wędkować.
Odchrząknął.
– Rozumiem, że jego śmierć bardzo tobą wstrząsnęła. To wielka strata, wielka strata. Ciągle to powtarzam. Szymon był naprawdę świetnym gościem, wielki talent, ogromne poczucie humoru. I znakomicie łowił ryby. Ale po co ja ci to mówię, na pewno znałaś go lepiej niż ja, niż my wszyscy w Ugrupowaniu. Mam rację?
Ewa zmrużyła oczy i skrzywiła się, przecząco kręcąc głową. Nie miał racji.
Artur Lew zaczął się pocić. Odchrząknął ponownie, postanawiając nie odchodzić od głównego wątku ich rozmowy. Czy też raczej jego monologu.
– Hm, tak, wspaniale. Zuch dziewczyna. Ale co to ja miałem… a. Zapewne wiesz, że każdemu z sześciu Ugrupowań przewodzi zespół nazywany przez nas pierścieniem, co?
Kręcenie głową.
– Pierścień to sześciu najpotężniejszych magów Ugrupowania. Przewodniczący plus pięciu doradców. Zanim twój ojciec… hm, odszedł, pierścień Animagów tworzyli Lew – czyli ja – Orzeł, Żółw, Słoń, Kruk i Kot. Wiedziałaś, że twój tata jest jednym z moich doradców?
Kręcenie głową, uniesienie prawej brwi. Wiszące kolczyki w kształcie mrówek zamigotały w promieniach grudniowego słońca.
– Ależ tak! Dziewczyno, jak tak można! No, ale nie dziwię się, że ci nic nie mówił, to był bardzo, bardzo skromny człowiek i świetny gość, oczywiście… Ale co to ja miałem… a. Na razie jego obowiązki przejmie Lis, ale spodziewam się, że zajmiesz kiedyś miejsce swojego ojca w pierścieniu. Kiedy tylko zdobędziesz trochę doświadczenia.
Zmarszczenie nosa, wykrzywienie warg.
Artur Lew zaśmiał się jowialnie, udając, że niczego nie zauważył.
– Też się cieszę, dziewczyno, cieszę się! Na tyle na ile można się cieszyć w obliczu takiej tragedii, takiej straszliwej tragedii. Ta śmierć, ta drabina… straszne. Wróćmy jednak do tematu, bo widzę, że nie orientujesz się w działaniu naszych Ugrupowań tak dobrze jak myślałem.
Zmarszczenie brwi.
Artur Lew przymknął oczy i wygłosił wyuczoną na pamięć formułkę:
– Mag sam decyduje komu i kiedy podaruje swoją magię. Kiedy umiera, zanim wybierze spadkobiercę, jego talent zostaje przekazany pierworodnemu dziecku lub najbliższej mu osobie. Ponieważ, jako umarły, nie może poprowadzić ceremonii Dziedziczenia, konieczna jest pomoc Nekromanty, który potrafi wyłowić potencjał magiczny z jego martwego umysłu i przekierować go dalej.
Starannie unikając wzroku dziewczyny, Artur Lew odepchnął się nogami od biurka i podjechał na swoim obrotowym krześle do drzwi, prowadzących do sąsiedniego pokoju. Zapukał w nie energicznie.
– Panno Marysiu! – zawołał. – Proszę tu na chwilę pozwolić, panno Marysiu!
Po czym, odpychając się od ściany, podjechał z powrotem do biurka, na którym tak jak poprzednio położył nogi. Ewa mimowolnie skupiła spojrzenie na posiwiałych od brudu podeszwach jego butów.
Do gabinetu przewodniczącego wkroczyła panna Marysia. Była kangurem.
Ewa natychmiast zapomniała o wzorze na podeszwach.
Kangur zbliżył się do Artura Lwa i nachylił się nad nim usłużnie. Ewa zauważyła, że w torbie zwierzęcia tkwi opasła teczka. Przewodniczący Ugrupowania Animagów wyjął ją, otworzył i zaczął przeglądać znajdujące się w niej papierzyska. Tymczasem torbacz zawrócił, zawijając ogonem róg dywanu i udał się z powrotem do sąsiadującego z gabinetem przewodniczącego pomieszczenia. Ewa zauważyła, że zwierzę bardzo zręcznie operuje klamką.
Artur Lew uważnie przestudiował mapę miasta, na której rozsiane były czerwone, niebieskie, fioletowe, białe, żółte i zielone punkty. Zerknął na Ewę.
– Powinienem przechowywać te dane w komputerze, oczywiście – stwierdził. – Ale jakoś nie mam serca do maszyn. Człowiek oddala się od natury, zapamiętaj moje słowa. Ale co to ja miałem… a. – Stuknął w jedną z niebieskich kropek, tak mocno, że omal nie podziurawił mapy. – Nekromantę, który mieszka najbliżej domu twojej matki, znajdziesz przy Worcella 6. Pójdź tam jak najszybciej, moja droga, i poproś go o przysługę. Tylko się nie przestrasz! Słyszałem, że to straszny dziwak, całymi dniami ślęczy nad książkami, gada do czaszek i stara się udowodnić, że truposze potrafią tańczyć. No wyobrażasz sobie?
Ewa odchrząknęła i – zanim zdążyła sobie przypomnieć o własnej zmowie milczenia – odezwała się cicho:
– A nie potrafią?
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Główny Animag sprawiał wrażenie, jakby nie do końca wiedział, czy powinien odczuwać ulgę, że dziewczynka wreszcie się odezwała, czy też martwić tym, że zadała tak idiotyczne pytanie. W końcu postanowił udawać, że niczego nie słyszał, ciągnąc swoją wypowiedź:
– Nekromanta nazywa się Andrzej Rekwiem. Zapamiętasz, moja droga? Wspaniale! Idź do niego jak najszybciej, operacja przekazywania talentu nie trwa zbyt długo. I jeszcze coś…
Ewa, która zdążyła już wstać z krzesła, przeniosła spojrzenie na Lwa, pytająco unosząc brew.
– W rozmowach z magami przedstawiaj się Ewa Kot, dobrze, moja droga? Kot, nie Drzewoska. Nie jesteś drzewem, moja droga.
Nikt nie zatrzymywał jej w drodze do wyjścia. Na zewnątrz, tuż przed drzwiami kamienicy, czekał na nią jej tymczasowy szofer w starym, obdrapanym oplu. Przez większość drogi do Częstochowy milczał ponuro. Ewie to nie przeszkadzało – miał nieprzyjemny głos, podobny do krakania wrony.
Z lewej kieszeni wystawało mu czarne, wymięte pióro.
